Veni, vidi, …. amavi. Wszystko, czego chcieliśmy, było. Nawet grzyby w Gruszeczce (trochę). A nieopodal, w środku lasu, na terenie leśniczówki zresztą, była (i jest) wiata z paleniskiem do grillowania. I tam właśnie biesiadowaliśmy, pijąc – każde z nas z właściwym tylko sobie umiarem – i obficie zakąszając. Śpiewaliśmy; pieśni biesiadne oczywiście, ale szanty też. Organizatorzy mieli także przygotowane różne gry towarzyskie, ale nie dało się ich uruchomić; wszyscy chcieli się napić i przede wszystkim pogadać . No to rozmawialiśmy, każdy z każdym, niemal. Było nas dwadzieścia osiem osób; jak powszechnie wiadomo, tylko liczba par, które można utworzyć z 28 elementów, wynosi 378, a my przecież gadaliśmy nie tylko w parach – wykorzystaliśmy bodaj wszelkie możliwe zestawienia interpersonalne; nagadaliśmy się za wszystkie czasy. Poniżej krótka fotorelacja, złożona ze zdjęć Janka Drajczyka oraz Andrzeja Powidzkiego:

















